Do góry

Co mnie boli w podwójnym macierzyństwie?

Każdego dnia naprawdę cieszę się z tego, że ich mam. Są dla mnie tacy idealni i wymarzeni, wręcz czasami patrząc na nich mam wrażenie, że to, aż takie czasem niemożliwe być tak zawsze szczęśliwą i zadowoloną. Ktoś mógłby mi powiedzieć, że rzygam tęczą i tymi swoimi wiecznymi zachwytami nad całym macierzyństwem i dziećmi. Tylko właśnie w tym wszystkim co Wam piszę jest sama prawda i tylko prawda.

Nie widzę zbyt wielu trudów, ani szczególnych uciążliwości. A może po prostu traktuję pewne rzeczy jako wpisane w całe rodzicielstwo i nie przyklejam niczemu specjalnej czarnej karteczki i nie siedzę nad niczym nie dramatyzuję. Wiem, że dzieci są wymagające i od momentu założenia rodziny życie po prostu w pewnym wymiarze się zmienia. Sztuką jest w tym wszystkim zachować czas dla siebie, albo jakąś minimalną chociaż przestrzeń, mieć siłę na utrzymywanie bliskości z mężem i pamiętanie o sobie nie tylko w kategorii tego, że teraz jesteśmy rodzicami. I do tego trzeba mieć naprawdę sporo luzu i dystansu do siebie i do otaczającej nas rzeczywistości.

Decydując się na dzieci z małą różnicą wieku trzeba liczyć się z tym, że przynajmniej w pierwszych latach poziom zaangażowania jest równy co najmniej 300% Twojej energii. Pogodzenie wszystkich zadań przy tym jak dwójka maluchów jest w domu często przekracza możliwości i okazuje się, że doba jest co najmniej o 24 godziny za krótka. Ja takie odczucia zaczęłam mieć jak mój syn skończył pół roku i jego ciekawość świata wymaga mojego nieustannego zaangażowania, a przy tym moja dwu i pół latka niezmiennie uwielbia spędzać ze mną czas i ma miliony zabaw, w których KONIECZNIE muszę wziąć udział. I dwoję się i troję, kombinuję ciągle balansując między aktywnym spędzaniem czasu i zaangażowaniem w zabawy, a rzeczami, które same się nie zrobią. Szkoda, że każdy z posiłków nie pojawi się jak powiem „stoliczku nakryj się”, samo się nie posprząta i nie upierze i nie uprasuje. I czasami jak muszę zrobić ten cholerny obiad, bo wieczorem nie miałam już sił, albo mi się nie chciało, a u mojej nogi stoi kurczowo trzymający się mnie Maks, który krzyczy mi ciągle „mama mama mama”, bo on właśnie w tym momencie mnie potrzebuje. I generalnie w nosie ma to, że robię już czwarte podejście do ugotowania tego obiadu, a córka moja siedzi obok na blacie, albo zajmuje się zabawą lub w najgorszej wersji siedzi obok i również skamle, że ona chce właśnie teraz bawić się w ekspedientkę. To wiecie myślę sobie, że to właśnie jest dla mnie pierwsza z trudnych dla mnie spraw w macierzyństwie. Ja najchętniej poświęciłabym im każdą chwilę zamiast gotować te obiady. Chociaż lubię kucharzyć, eksperymentować, piec i różne pyszności przygotowywać to odkąd jestem podwójną mamą i trafi się dzień jęków i stęków, a ja akurat właśnie musiałam lenia mieć wieczór wcześniej to serce mnie boli, że muszę powiedzieć „zaraz Kochanie przyjdę, mamusia musi zrobić (coś)”.

Uwielbiam weekendy, bo jesteśmy razem i mamy dużo czasu dla siebie i dla każdego z dzieci, a zwłaszcza dla Marceliny. Moją kolejną bolączką jest to, że wiecznie muszę się od niej odrywać w trakcie zabawy, bo a to Maks właśnie się obudził, a to właśnie Maks gdzieś się wdrapuje, a to krzyczy, bo chce się koniecznie dostać do zabawki, którą ma Marcelina w ręku. I ja wiem, że to wszystko normalne i nie ma w tym nic dziwnego, a co więcej Marcelina sprytnie sobie radzi i podrzuca braciszkowi jakąś zabawkę żeby odwrócić jego uwagę od tej na której jej bardzo zależy, albo nawet potrafi się z nim podzielić. Wiem, że zaraz ta sytuacja ulegnie zmianie, bo Maks podrośnie i zacznie się bawić, a nie pożerać wszystkie napotkane przedmioty, jednak jako mama czasem się martwię, żeby czas był każdemu sprawiedliwie poświęcony.

Co mnie boli w podwójnym macierzyństwie?

Dziś rano spoglądając za okno, widząc strugi deszczu i perspektywę ewentualnego spaceru po kostki w błocie zapakowałam torbę stwierdzając, że dziś ruszamy do miasta ;) Marcelina entuzjastycznie okrzyknęła, że dziś chce na kulki, więc ruszyliśmy w drogę. I tam na miejscu patrząc z dołu jak moja dzielna dziewczynka przemierza labirynty poczułam chwilowe ukłucie, że czasem nie mogę jej towarzyszyć we wszystkich fikołkach, bo jestem z nimi sama, a Pan Tata wiadomo pracuje. A ja zamiast biegać tam z nią muszę zostać na dole i spacerować z maluchem, dopingując ją jednocześnie co sił i patrzeć na nią zdobywającą ekspresowo kolejne stopnie trudności wspinaczkowych. I jak Wam to piszę, to sama się już do siebie uśmiecham. Jakby na to spojrzeć z dobrej strony to, przecież właśnie dzięki takim sytuacjom na dobre nam to wychodzi, bo ja daję przestrzeń starszej i pokazuję je, że w nią wierzę, bo ona potrafi coraz więcej sama i widzę uśmiech na jej buzi, bo buduje się w niej wiara we własne możliwości i umiejętności. Ja nie biegnę za nią jak kura z rozpostartymi skrzydłami, żeby ją strzec i bronić przed ewentualnymi często nie istniejącymi zagrożeniami. A młodszy właśnie w takich chwilach ma mamę tylko dla siebie i może czując się bezpiecznie poznawać nowe miejsca.

I w sumie choć niewiele jest takich bolących aspektów to jak spojrzeć na nie z drugiej strony medalu to dojść do wniosku można, że to zmartwienia pochodzące czasem z nadmiernej analizy. Choć tu muszę jeszcze zaznaczyć, że tą analizę chwalę. Zmartwienia takie są zupełnie naturalne i towarzyszące każdemu. Teraz tylko kwestia jak to sobie wytłumaczymy i jakie korzyści będziemy umieli z tego wyciągnąć lub jak rozwiążemy sytuację z korzyścią dla wszystkich.

Ja sobie to tłumaczę w prosty sposób. Sytuacja pierwsza z domowymi obowiązkami, bywa prosta do rozwiązania. Wystarczy dzieci angażować w domowe obowiązki na tyle ile są chętne. Razem wstawić pranie- u mnie Marcelina naciska „start”, odkurza ile ma ochotę i jeśli ma ochotę, jak robimy sok to ja obieram składniki, a ona wrzuca je do wyciskarki i taki właśnie sok samodzielnie przygotowany smakuje najlepiej. Mam zwyczaj dzielić obowiązki domowe na różne dni tak żeby zrobienie czegoś w domu było jakąś kolejną zabawą, a nie patrzeniem na mamę jak cały dzień sprząta, pierze i gotuje. Kolejnym rozwiązaniem jest umiejętnie zajmować dziecko ciekawą czynnością. Przecież jak gotuję to ona może przelewać, przesypywać, sortować i przy okazji mieć mnóstwo sensorycznych bodźców oraz manualnych sprawności. Czasem z kolei odpuszczam i robię coś później, bo obiad raz na parę tygodni można zamówić, a prasowanie może poczekać na bardziej sprzyjający dzień kiedy rano na przykład dzieci najchętniej zajmują się sobą, a ja mogę patrzeć na nich popijając ciepłą kawę i spokojnie prasować.

Sytuacja druga z odrywaniem się od zabawy też ma swoje plusy, bo dzieci uczą się dbania o drugiego człowieka obserwując nas. I jeśli my na chwilę idziemy po młodsze dziecko, całując starsze w czoło, tłumacząc jednocześnie, że weźmiemy bobaska, żeby był z nami, bo będzie się cieszył i będzie nam wszystkim razem miło to szybko zauważycie, że starsze szybko będzie biegło jeszcze przed Wami po towarzysza zabaw. Tylko warunek jest jeden, że do tej przerwanej zabawy przynajmniej zazwyczaj trzeba faktycznie wspólnie wrócić chyba, że starsze dziecko zmieni obiekt zainteresowania i wyraźnie to zakomunikuje.

Moje trzecie zmartwienie w zasadzie już wyjaśniłam i tak to właśnie rodzicielstwo musi wyglądać, żeby nie zawsze być krok w krok za dzieckiem, osaczając je z każdej strony. Trzeba czasem z konieczności wyższej lub ze zdrowego rozsądku poczekać gdzieś dalej dając możliwość próbowania, testowania i rozwijania wiary w własne umiejętności.

A Wy jakie macie rodzicielskie bolączki?

Co mnie boli w podwójnym macierzyństwie?

Marcelina:

Ozdoby do włosów H&M

Bluzka KappAhl

Spodnie Zara

Papierowy worek na zabawki Blacksis!

Pluszak zwany Haskusiem Ikea

  • 785

KOMENTARZE

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *